dr Paulina Michalska

Nie, żebym chciała się chwalić, że mamy dom na wsi, sielanka, relaks i nicnierobienie. Wcale nie. Ten dom spadł nam z nieba, ale to historia na inny artykuł. Dziś będzie o życiu na wsi i jego czasem wątpliwych urokach.


Gryzonie ciągną do chaty

Oprócz pięknego, rozgwieżdżonego nieba nocą, zapachu świeżo skoszonej trawy i natury na wyciągnięcie ręki, są też inne wątpliwe atrakcje, jak choćby myszy. Wiem, włos się jeży na głowie na samą myśl. Chciałaś mieszkać na wsi, to masz. No i mieliśmy i my.

Wszyscy znajomi mówili „Kupcie kota, kot najskuteczniejszą walką z myszami jest. Zaznaczy swój teren (wiadomo czym) i żadna mysz nawet nie podejdzie do waszego domu”. Taaaak… Jasne…. Nie przepadamy za kotami (nie wszyscy przecież muszą je lubić) więc taka opcja nie wchodziła w grę. A i tak okoliczne koty sąsiadów zaznaczały swój teren na naszym ogródku. Myszy i tak były.

Sezon na koszenie kukurydzy w pełni, więc gryzonie, jak mawiała moja babcia, ciągnęły do chaty. Czego to się nie naczytaliśmy w Internecie! Jedni mówili, że najlepszym wabikiem na myszy jest ser, inni, że tylko czekolada, jeszcze inni, że skórka świeżego chleba. Jedni polecali elektryczne „odstraszacze”, inni „żywołapki”. Biznes nie do ogarnięcia. Nic nie działało tak, jak trutka mumifikująca. Ale zanim zadziałała, przeżyliśmy dwie niezapomniane przygody.


…z zimą krwią

Z obrzydzeniem muszę wam zdradzić, że były wszędzie na poziomie parteru. Wchodziły do piekarnika, zeżarły mi świeżo upieczony chleb. Z tej złości jedną zabiłam z zimną krwią waląc w nią szrobrem (dla nie-poznaniaków: szczotka ryżowa na kiju do szorowania podłogi) i krzycząc „Za te wszystkie zjedzone chleby, za te bobki za kanapą i w kanapie!”. Dziwiłam się, że krew nie tryskała na ściany. Przeraziło mnie, że jestem w stanie zabić żywe stworzenie! Much, komarów i innych robali nie liczę.

Szczytem wprost mysiej bezczelności było, gdy jedna weszła pod obudowę zmywarki i tam dokonała swego żywota. Oczywiście dowiedzieliśmy się o tym dopiero, gdy zapach był nie do zniesienia. Mąż „wziął to na klatę”. Wysunął zmywarkę, odkręcił obudowę i prawie zemdlał. Klamerka na nos, rękawiczki gumowe na ręce, ja z aparatem fotograficznym w pogotowiu. Po co aparat? Jakoś to trzeba było później skręcić z powrotem do kupy. Robiłam zdjęcia po odkręceniu niemalże każdej śrubki. Do dziś patyczki do uszu i zapach płynu odkażającego kojarzy nam się z tym obrzydlistwem…


Inwazja w pojeździe

Najgorsze było jednak przed nami. Nie wiem kiedy, nie wiem jak ale mysz weszła nam do auta. Pewnie wypakowywałam dzieciaki, zakupy, tornistry i wszystko, co trzeba było z samochodu, a ona wtedy wślizgnęła się do środka. Bobki były rano na fotelikach, na desce rozdzielczej, wszędzie. Chyba się bała? Jej samej jednak w aucie nie było.

Oczywiście mąż narzekał, że na pewno przez te smakowite okruszki na podłodze i siedzeniach, że to to ją skusiło, żeby wejść. Że nie pozwoli już więcej jeść dzieciom w aucie i takie tam deklaracje, które na pewno każda z was – Matek Polek słyszała od męża nie raz, gdy trzeba było posprzątać auto. A ja myślę, że po prostu było jej zimno.


Gdzie się podziała ta mysz?

Ale wracając do tematu - nie było jej w środku następnego dnia. Zatem którędy wyszła? Okna zamknięte, drzwi zamknięte… Wiecie, że taki zwierz w desperacji szuka każdej szczeliny. Oglądałam „Ratatuja” to wiem…

No i nasza myszka też znalazła. A były to otwory, którymi zimą dmucha nam miło ciepłe powietrze na stopy. Tak! Weszła w otwór wentylacyjny i też niestety dokonała tam żywota. Zima nadchodziła. Coraz zimniej na zewnątrz, coraz mocniej trzeba było grzać w środku i coraz bardziej śmierdziało.

Inaczej już tego nie można nazwać. Cuchnęło niemiłosiernie. Poczekałam, aż mąż wyjedzie na kilka dni, by oddać to auto panu specjaliście od klimatyzacji. Powiedziałam, ba (!), ostrzegałam przed fetorem, ale pan nie wierzył. „Co też pani opowiada? Nic nie czuć? Mysz zdechła w wentylacji? Coś tu pani koloryzuje”. Zwątpiłam. Nie były to czasy pandemii, więc nikt nie mógł podejrzewać, że straciłam węch. Auto zostawiłam. Poczekałam trzy dni na telefon od pana i pojechałam je odebrać.

Pan mechanik zaczął niepewnie: „Nie wierzyłem pani w te bajki o zdechłej myszy. Włączyłem ogrzewanie na pełną moc i przyłożyłem nos do wywietrznika powietrza… Myślałem, że mi śluzówki wyżarło!”. „Panie!? Po coś to Pan robił? Nie mówiłam? Nie mówiłam? Ale kto by tam kobiecie wierzył?”. Chyba już do końca życia będzie wierzył w każde słowo Matki Polki, która czuje zapachy, słyszy dziwne stukania w aucie, albo grzanie zamiast chłodzenia.

Kiedy już wszystkie myszy opuściły nasz dom z własnej woli, lub na wieczny czas, przyszła wiosna, a z nią porządki w ogrodzie. Teść się uparł, że pomoże mężowi. Na tę okoliczność przywiózł już sobie jesienią buty do pracy w ogrodzie i zostawił je w garażu. Muszę pisać, kto na niego czekał, gdy włożył jedną stopę do buta? Dobrze się domyślacie! Mała, maleńka mysia mumia…

Autorka z wykształcenia jest kulturoznawcą i fizykiem medycznym. Pracuje z małżeństwami, które pragną mieć dzieci jako instruktor Creighton Model System - głównego narzędzia NaPROTechnology®. Jest mamą pięciorga dzieci i pasjonatką podróżowania.

Rysunek: Adam Sochacki