Rodzina to sport drużynowy

ski lift 1201084 1280prof. Michał A. Michalski

Nie ukrywam, że inspiracją dla podjęcia takiego tematu jest trwający sezon skoków narciarskich. Choć to dyscyplina przede wszystkim indywidualna, warto zauważyć, że organizowane są także turnieje drużynowe, w których wynik końcowy zależy od wysiłku wszystkich zawodników. I wydawać by się mogło, że proponując spojrzenie na rodzinę przez pryzmat sportu drużynowego, chodzi mi tylko o ten drugi rodzaj aktywności. Otóż nie!

To, co warto dostrzec, to przewijający się bardzo wyraźnie w wywiadach i wypowiedziach medialnych polskich skoczków wątek drużynowy, który dotyczy także ich indywidualnych występów. Powtarza się w nich właśnie wymiar wspólnej pracy i wysiłku całej grupy osób, towarzyszenia w treningach, wspierania się w niełatwym zmaganiu o lepszą formę i wyniki. Uważam, że ten przekaz jest niesamowicie ważny, bo przypomina nam starą, choć mocno zapomnianą dziś prawdę, że każdy sukces wymaga zaplecza, nawet wówczas, gdy na podium staje tylko jeden zwycięzca.

Przekładając język skoczni i stadionów na współczesne realia życia społecznego i rodzinnego należy stwierdzić, że aktualnie w modzie są sporty indywidualne. Życie w pojedynkę wydaje się być dzisiaj bardzo atrakcyjnym i obiecującym stylem egzystowania. W znacznej mierze sprzyjają temu także różne regulacje prawne oraz rozwiązania społeczno-ekonomiczne. W jakimś sensie to, co przez tysiąclecia było nie do pomyślenia – czyli życie pojedynczego człowieka, który nie wiąże się z nikim żadnymi głębszymi więziami współzależności i odpowiedzialności – okazuje się dziś być wariantem z jednej strony dostępnym ekonomicznie, a z drugiej wybieranym świadomie przez coraz większą liczbę osób (statystyki z tym związane przywołane są w moim artykule o epidemii samotności. W ten sposób realia, w których żyjemy coraz bardziej przypominają „społeczeństwo jednostek”, którego nadejście sygnalizował - w książce o takim tytule - w latach osiemdziesiątych poprzedniego stulecia niemiecki socjolog Norbert Elias.

W sposób nieunikniony przemiany społeczno-kulturowe, związane z upowszechnianiem się postawy indywidualistycznej, muszą oddziaływać na życie i formowanie się małżeństw oraz rodzin. Współcześnie prowadzi to z jednej strony albo do rezygnacji z zakładania rodziny, albo do jej budowania nie w kategoriach wspólnoty, której staję się częścią, ale przede wszystkim jako indywidualnego projektu, którego jestem autorem i reżyserem. W rezultacie takiego podejścia, drugi człowiek może być postrzegany jako aktor, który ma odgrywać w moim życiu konkretną, jasno przeze mnie określoną rolę, lub – używając języka piłkarskiego – jako pomocnik, mający za zadanie tylko podawanie piłek, które jedyny i najlepszy król strzelców skieruje do bramki… W takiej perspektywie rodzina przestaje być drużyną opanowaną przez ducha wspólnoty, w której panuje zasada „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!”.

Automatycznie pojawia się tu pytanie, w jaki sposób walczyć o odbudowanie tego sposobu myślenia, którego dziś jakże brakuje. Paradoksalnie, to właśnie rodzina jest szkołą, w której mamy szanse się tego uczyć, i jednocześnie odważnie pomagać sobie nawzajem unikać pułapek indywidualizmu. Jeśli więc chcemy widzieć więcej gry drużynowej w naszym społeczeństwie, zacznijmy od jasnego ustalenia reguł gry z tymi, którzy są nam najbliżsi. Dadzą się z pewnością przekonać, gdy zobaczą, że my sami w taki sposób myślimy i działamy!

Stawka jest bardzo wysoka, bo na końcu na podium stanąć ma w komplecie cała drużyna, czyli… nasza rodzina!


Autor jest prezesem Fundacji Instytut Wiedzy o Rodzinie i Społeczeństwie (wydawcy PFR), kulturoznawcą, etykiem gospodarczym, badaczem współzależności między kulturą, rodziną i gospodarką, profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, tatą pięciorga dzieci.

Zdjęcie: Pixabay.com
Fixed Bottom Toolbar