Straszak przeludnienia

crowd 5076714 1280Piotr Tomczyk

Katastroficzne wizje głodu wywołanego przeludnieniem na naszej planecie popularyzowane były przez ekonomistów już od ponad dwustu lat. Szybko okazało się jednak, że prognozy te oparte były na błędnych założeniach. Powszechny głód nie nadchodził, zaś produkcja żywności na świecie dynamicznie rosła.

Nadprodukcja zamiast niedoboru
Od drugiej połowy XX wieku, szybkiemu wzrostowi produkcji w rolnictwie zaczęło towarzyszyć wolniejsze tempo wzrostu liczby ludności. W efekcie tych dwóch procesów, ilość dostępnej żywności przypadającej na mieszkańca Ziemi jest aktualnie większa niż kiedykolwiek wcześniej. Zamiast prognozowanego deficytu, już od wielu lat, mamy nadprodukcję żywności. Symbolem tego stanu stał się fakt, że w wielu krajach płaci się rolnikom, za… ograniczanie produkcji żywności. Według światowych statystyk, każdego roku na świecie marnuje się jedna trzecia wyprodukowanego jedzenia, a w Europie aż połowa całej produkcji żywności. Co więcej, jeszcze kilkanaście lat temu kraje europejskie, w ramach tzw. wspólnej polityki rolnej, oficjalnie niszczyły płody rolne (najczęściej były to piętrzące się w magazynach góry masła i cysterny mleka lub wina) w celu utrzymywania ich wysokich cen.

Mit „demograficznej bomby”
Naukowcy nie negują już faktu, że tempo światowego przyrostu naturalnego spada. Mimo to instytucje i organizacje międzynarodowe ciągle próbują ratować świat przed „demograficzną bombą”. Straszak przeludnienia od lat stosowany jest przez polityków jako usprawiedliwienie dla promocji „planowania rodziny”. 

Międzynarodowi promotorzy planowania rodziny starają się nie zauważać aktualnych trendów w demografii. Tempo przyrostu naturalnego zmniejsza się przede wszystkim na najgęściej zaludnionym kontynencie, czyli w Europie. Nietrudno znaleźć tu państwa, w których liczba ludności systematycznie maleje. Jednak zwolnienie tempa wzrostu liczby ludności staje się widoczne już niemal na całym świecie. W tych warunkach, strach przed brakiem przestrzeni życiowej na Ziemi wydaje się co najmniej kuriozalny.

Najnowsze prognozy
Zgodnie z wynikami najnowszych badań, opublikowanych w piśmie „The Lancet”, w 2100 roku na Ziemi będzie żyło 8,8 miliarda ludzi. Światowa populacja miałaby osiągnąć szczyt w roku 2064 roku i prawdopodobnie będzie wtedy wynosiła około 9,7 miliarda. Według przewidywań naukowców, w kolejnych latach zacznie spadać. Spadek ten, liczony od punktu kulminacyjnego końca wieku ma wynieść blisko miliard. Autorzy raportu wskazują, że niektóre kraje - takie jak Włochy czy Japonia – stracą nawet połowę swojej populacji. Do 2100 roku w 183. ze 195. krajów świata współczynnik dzietności, określający średnią liczbę dzieci, które urodziłaby kobieta w ciągu swojego życia, spadnie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Przyjmuje się, że współczynnik dzietności zapewniający ciągłość pokoleń i pozwalający uniknąć długotrwałego spadku populacji wynosi 2,1 dziecka na kobietę. Naukowcy przewidują, że globalny współczynnik dzietności będzie stale spadał - z 2,37 w 2017 r. do 1,66 w 2100 r. Wskaźniki te spadną najbardziej w Europie. Do około 1,2 we Włoszech i Hiszpanii i nawet do 1,17 w Polsce.

Rzeczywiste zagrożenia
Wizje wiszącej nad światem „bomby demograficznej” ciągle pojawiają się w wypowiedziach medialno-politycznych celebrytów. Tymczasem realne zagrożenia ekonomiczne dla świata związane są ze starzeniem się populacji. Już w drugiej połowie tego wieku ogólnoświatowa liczba osób poniżej 20. roku życia może być mniejsza od liczby seniorów w wieku powyżej 65. lat. Spadek liczby osób w wieku produkcyjnym będzie coraz bardziej ograniczał tempo wzrostu gospodarczego. Zatrzymanie tego trendu już dziś jest wielkim wyzwaniem dla świata.


Autor jest ekonomistą, wydawcą i publicystą, dziennikarzem ekonomicznym Radia Poznań, a także współtwórcą i pierwszym redaktorem naczelnym Tygodnika „Wielkopolanin". Ojcem dwojga dzieci i dziadkiem dwóch wnuków.


Zdjęcie ilustracyjne/Pixabay.com

banner 750
Fixed Bottom Toolbar