Dzisiaj jest
ocean 4122312 1280W toruńskim sądzie rodzinnym trwa postępowanie dotyczące ograniczenia praw rodzicielskich rodziców 10-letniego chłopca. Sprawę zgłosiła szkoła. „Chłopiec, uczeń klasy czwartej, wielokrotnie naruszał nietykalność innych dzieci, a także stosował przemoc słowną, wyrażając jednocześnie niechęć do cudzoziemców” – czytamy w oświadczeniu dyrekcji szkoły. I dalej: „Z uwagi na bezpieczeństwo uczniów, zgodnie z zapisami w programie wychowawczo-profilaktycznym, szkoła podjęła odpowiednie kroki, aby przeciwdziałać tym zachowaniom. Ze względu na brak wyraźnej poprawy w zachowaniu chłopca szkoła zwróciła się z pismem do sądu z prośbą o zbadanie jego sytuacji rodzinnej i wychowawczej”.

Nie do końca jest jasne, jakie kroki szkoła podejmowała wcześniej, żeby temu zaradzić oraz czy wyczerpała wszelkie możliwe środki i sposoby. I czy musiała zastosować aż tak drastyczny, jak podanie sprawy do sądu, w szczególności biorąc pod uwagę opinię wychowawczyni chłopca z końca października 2018 r., opublikowaną na stronie internetowej Ordo Iuris: „zachowanie chłopca na zajęciach lekcyjnych nie budzi zastrzeżeń. Maciek stara się pracować na miarę swoich możliwości, często jest bardzo aktywny. Potrafi nawiązywać poprawne relacje z rówieśnikami, choć zdarzało mu się uczestniczyć w konfliktach z kolegami. Warto jednak podkreślić, że zawsze były to sytuacje związane z obustronną prowokacją. Jego zachowanie nie odbiega od zachowania rówieśników. Warto też podkreślić duże zaangażowanie rodziców chłopca w kształtowaniu właściwej postawy syna i we współpracy ze szkołą”.

W związku z tą sprawą pojawia się szereg wątpliwości: Jeśli mamy do czynienia z „dużym zaangażowaniem rodziców” – zatem rodzina nie jest rodziną niewydolną wychowawczo, patologiczną – a „zachowanie [chłopca] nie odbiega od zachowania rówieśników”, to skąd ten pokaz siły wobec rodziny? Jeśli (a taki wątek pojawia się w doniesieniach medialnych) poszło o poglądy dziecka (a właściwie jego rodziców) na temat ludobójstwa na polskiej ludności i roli Bandery, to czy Konstytucja nie gwarantuje rodzicom wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami (nawet jeśli te „przekonania” nie podobają się innym)? Czy szkoła w tym przypadku na pewno nie zastosowała nieadekwatnego środka i tym samym nie stała się instytucją opresywną wobec rodziny? Czy działania szkoły nie zostały podjęte zbyt pochopnie? Czy wyczerpane zostały wszelkie inne możliwości? Czy szkoła w ten sposób rzeczywiście rozwiąże problem? Rzeczywiście pomoże chłopcu (jeśli uznaje, że potrzebuje on pomcy)? I czy rzeczywiście, na pewno, w pierwszym rzędzie chodziło o dobro dziecka?

Jakiekolwiek będzie rozstrzygnięcie sądu, w tej sprawie nie będzie wygranych. Przegrani już są wszyscy dorośli. Ale najbardziej przegranym jest 10-letni chłopiec... I jeszcze jedno, za każdą instytucją stoją ludzie. Czy poniosą odpowiedzialność, jeśli się pomylili? Choć - jeśli ich decyzja okaże się być błędna - krzywdy wyrządzonej tej rodzinie (i dziecku, i rodzicom) nie da się naprawić, nawet, jeśli poniosą konsekwencje…


Małgorzata Tadrzak-Mazurek


(GW / OrdoIuris.pl)

Zdjęcie ilustracyjne/Pixabay.com