Dzisiaj jest
nature 3321418 1280Historię 5-letniej Zosi, która chce być Bartkiem znają już pewnie wszyscy, bo media żyją nią od jakiegoś czasu. W zależności od tego, kto ją opisuje, przedstawiana jest w różnym świetle. Z jednej strony, że to idiotyzm, a z drugiej, że walka o prawa osób transpłciowych. I jedna, i druga strona powołuje się na swoich własnych ekspertów, i z jednej, i z drugiej strony wypowiadają się guru psychologii, medycyny itp.

Żyjemy zresztą w czasach, kiedy każdą tezę można próbować udowodnić. I nawet jeśli będzie najbardziej absurdalna, to część opinii publicznej uda się przekonać. Dość wspomnieć prowokację przeprowadzoną nie tak dawno przez trzech naukowców ze Stanów Zjednoczonych: Jamesa A. Lindsay’a, Petera Boghossana i Helen Pluckrose, którzy postanowili trochę sobie „pożartować” i napisali około dwudziestu „prac naukowych” na całkiem absurdalne tematy, podpierając się zmyślonymi badaniami naukowymi. Ku ich zaskoczeniu prace te nie tylko zostały zaakceptowane przez środowisko naukowe, opublikowane w pismach naukowych, ale oni sami byli też zapraszani do mediów, żeby opowiadać o swoich „badaniach”. I jakież to tezy pojawiały się w ich pracach? Np., żeby tresować mężczyzn jak psy, w celu zapobiegania kulturze gwałtów albo żeby zakuwać białe dzieci w kajdanki, bo to edukacyjna szansa na „przekroczenie swego rodzaju uprzywilejowania”. "Udowodnili" też, że badając reakcje osób wyprowadzających psy na to, w jaki sposób samiec zachowuje się wobec samicy można określić czy dana osoba należy do „kultury gwałtu” czy do „performatywności queer” (cokolwiek to oznacza…). Przy czym badania były oczywiście sfałszowane. Recenzent tej pracy stwierdził jednak, że to najlepsza praca naukowa, jaką recenzował w ciągu 25 lat…

Cóż, komentarz wydaje się zupełnie zbędny... Co więc pozostaje, jeśli w jakiejś dziedzinie zawiedzie „nauka”? Zawsze pozostaje zdrowy rozsądek. I tak na zdrowy chłopski (sic!) rozum (przepraszam feministki), usłyszawszy historię małej Zosi/Bartka skojarzyły mi się dwie historie. Pierwsza dotyczy mojej bardzo bliskiej znajomej (nota bene pięknej, rozumnej, młodej kobiety), która w wieku pięciu lat była mamą kurczaków. Ona wysiadywała jajka (była kurą), później się nimi opiekowała. Mieszkały w łazience pod brodzikiem, wszędzie z nimi chodziła, nie można było zbyt szybko zamknąć drzwi, jak ona wchodziła, bo za nią wchodziły kurczaki… Całe otoczenie o nich wiedziało, także w przedszkolu. Sprawa ciągnęła się na tyle długo, że zaniepokojeni rodzice poradzili się w tej sprawie specjalistów, którzy uspokoiwszy ich, stwierdzili, że wszystko w normie, bo fantazjowanie na tym etapie rozwoju, to norma rozwojowa. Dodam tylko, że dziewczyna już nie wychowuje kurczaków. Nie jest kurą.

Druga historia to kilkuletniej dziewczynki, która miała starszych braci. Bawiła się tylko z nimi. Odkąd zaczęła mówić używała wyłącznie formy męskiej: „zrobiłem”, „zjadłem”, „umyłem się”. Za nic w świecie nie chciała nosić sukienek, tylko spodnie i do siódmego roku życia kazała nazywać się „Jackiem”, twierdząc, że jest chłopcem. Ba, rodzice to uszanowali, mimo, że rzecz działa się kilkadziesiąt lat temu… Grała w piłkę nożną z braćmi i bawiła się tylko zabawkami dla chłopców. Sprawa zakończyła się, kiedy poszła do szkoły, wówczas zrobiła się bardzo „dziewczynkowata” od umiłowania różu począwszy, na pasji do szycia ubranek dla lalek i robieniu na szydełku torebek skończywszy. Dziś jest niezwykle kobiecą żoną i matką.

Czy jedna z tych teraz już dorosłych kobiet naprawdę jest kurą, a druga mężczyzną i została im wyrządzona krzywda, bo wtłoczono je w ramy „bycia kobietą”? Czy rodzice i otoczenie byli wobec nich opresywni? One twierdzą, że nie. Co więcej, bez zastrzeżeń identyfikują się z własną płcią. Ale czy można im ufać, bo może to po prostu efekt „prania mózgów”? No cóż, pozostawię Was z tymi pytaniami… 


Małgorzata Tadrzak-Mazurek


Zdjęcie ilustracyjne/Pixabay.com