Dzisiaj jest
ferhtrsjMałgorzata Tadrzak-Mazurek

Co przeraża najbardziej w otaczającej nas dziś rzeczywistości? To że mamy różne zdania na różne tematy? To, że głośno te poglądy wyrażamy? Że chcemy „walczyć” o swoje przekonania? Nie. Przeraża to, jak bardzo nie potrafimy o tym rozmawiać. A właściwie skala agresji. Skąd? Dlaczego? Co takiego się wydarzyło, że „debata publiczna” wygląda właśnie tak?

Co sprawiło ten upadek obyczajów? Co się takiego wydarzyło, że żeby wyrazić własne racje musimy najpierw upokorzyć, obrazić, wyszydzić „przeciwnika”. Przeciwnika? Tak, bo kogoś, kto ma inne zdane niż my nie tylko przestaliśmy szanować, ale zaczęliśmy traktować jako tego, kogo należy zwalczać. Niekiedy za wszelką cenę.

Tymczasem jedną z głównych zasad komunikacji (także społecznej), a co za tym idzie, znalezienia konsensusu, jest szacunek dla przeciwnej strony. „Przeciwnej” nie w sensie „przeciwnika”, ale w sensie tego „kto ma inne zdanie”. W jednym z artykułów na naszym portalu psycholog Jolanta Prajs napisała, że „człowiek agresywny chce zmienić każdego, kto nie przystaje do jego planów”. Co sprawiło, że nagle tak trudno przyjąć, iż obok nas mogą żyć ludzie, którzy mają inne zdanie? Jak znaleźliśmy się w miejscu, w którym właśnie jesteśmy? Czy tropem może być to, co pisze Jolanta Prajs we wspomnianym już artykule, a mianowicie, że są pewne określone typy rodzicielskich postaw, które „rodzą (…) niezdolności w dorosłym życiu naszego dziecka”, m.in. „nierespektowanie czyichś granic, forsowanie ich” i że „taka postawa życiowa przeradza się w agresję”?

I nie o szukanie winnego tu chodzi (żadną miarą!), a już tym bardziej o wzbudzanie poczucia winy w nas, rodzicach, ale o próby znalezienia odpowiedzi na pytanie, dlaczego ten protest wygląda właśnie tak? I czy to nadal przypomina protest, czy bardziej podobne jest do najazdu Hunów? I czy na pewno jest wola „dogadania się”, kompromisu, czy już tylko pozostawienia po sobie zgliszcz?

Chodzi też o refleksję nad tym, czy protestujący (bywa, że bardzo młodzi) - niektórym przywodzący na myśl rozwścieczone hordy - to owoc naszej rodzicielskiej niewydolności wychowawczej? A mówiąc w tym przypadku o elementarnym braku kindersztuby - którą młodzi powinni wynieść z domu - to jakby nie powiedzieć nic…

Zostawmy na boku istotę sporu (choć wiem - to bardzo trudne) i przyjrzyjmy się sposobowi, w jaki wyrażany jest „bunt”? Niekiedy bez poszanowania świętości, łamiąc kolejne tabu, przekraczając kolejne symboliczne granice, spoza których zda się nie ma już powrotu… Nie wszystko bowiem da się naprawić, nie o wszystkim zapomnieć. Zostaną rany, a nawet jak z czasem się zagoją, blizny wciąż będą przypominać ból… I to ból każdej ze stron tego sporu.

Czy mamy jeszcze szansę się zatrzymać? Uszanować „przeciwnika”? Porozmawiać? Wsłuchując się z uwagą i szacunkiem w głos drugiej strony? Czy mamy szansę zmienić oblicze tego protestu? Na przykład, zaczynając od… rozmowy przy rodzinnym stole? Ucząc czy przypominając zasady komunikacji, dialogu (także społecznego). Że nie trzeba niszczyć tego, kto ma inne zdanie, żeby pokazać, że racja jest po naszej stronie. Że argumenty wystarczą. Że dla podparcia własnych racji niekonieczne jest ośmieszanie czy wyszydzanie drugiej strony sporu albo pokazywanie, że jest gorsza od nas, nie zna się… A już tym bardziej sianie zniszczenia czy łamanie prawa… Że można mówić o problemie, nie godząc w tych, którzy myślą inaczej…

Skrajna naiwność?

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie...” zauważył już wieki temu hetman Jan Zamoyski.

A jaką dziś mamy Rzeczpospolitą? Szczególnie w ostatnich dniach?


Autorka jest zastępcą redaktora naczelnego Polskiego Forum Rodziców, współtwórczynią i byłą współpracownicą portali KartaDuzejRodziny.pl i GminadlaRodziny.pl, a także autorką książek. Ponadto jest członkiem Rady Rodziny przy Wojewodzie Wielkopolskim. Mamą dwóch córek.


Zdjęcie ilustracyjne/Pixabay.com